Ledwie człowiek się spróbował odnaleźć w tym nowym roku, a już kolejny fantastyczny świat wymaga interwencji. Tym razem na idylliczną wręcz krainę spadł złowrogi, zapomniany z dawna cień. Nikczemny czarnoksiężnik powrócił, ożywiając magię plugawego kamienia, której moc zbrukała dotąd sielski krajobraz i jego mieszkańców. Zbieramy zatem drużynę i ruszamy go spacyfikować. Przed tobą nasze wrażenia z wczesnej wersji taktycznego rogalika Blightstone.

Drużyna kamienia
Jak już się zapewne domyślasz, przytoczone powyżej tło fabularne, to zaledwie pretekst, by ponownie zaprzęgnąć szare komórki do działania. Gdy słyszę o kolejnej grze formułą i klimatem zbliżoną do Darkest Dungeon, to już nie trzeba mnie dalej namawiać. Tym razem ruszamy na pohybel nasyconemu mroczną magią, tytułowemu kamieniowi, po drodze niszcząc wszystkich, którzy go bronią. Zabawę rozpoczynamy w wieży maga Xandera, który inicjuje wyprawę, chociaż bezpośrednio w niej nie uczestniczy.
Lider werbuje trzech herosów – czarodzieja, myśliwego i awanturnika, którzy ruszą na niebezpieczną wyprawę. Jednak nie ruszają samotnie. Okazuje się bowiem, że jedynym sposobem na unicestwienie zła, które odżywia kamień, jest zbliżenie do niego kamienia, który działa zgoła odmiennie. Co za tym idzie, nasza podróż, to nie tylko konieczność zwalczenia wszelkiego oporu na drodze do wrogiego artefaktu, ale też konieczność obrony własnego. Bo jeśli przeciwnicy go zniszczą, to całą ekspedycję szlag trafi.

I chociaż każdą kolejną wyprawę rozpoczynamy w stałym składzie, to twórcy przewidzieli roszady. W toku wyprawy mamy sposobność, by zwerbować do swojej misji tak kapłana, jak i druida. Sęk w tym, że wyprawa skrojona jest dla trzech osób, więc albo podmieniamy nową klasę na któregoś z członków drużyny, albo dokładamy nowego uczestnika, wyraźnie osłabiając indywidualny potencjał każdego herosa. A co po drodze?
Po nitce do… bossa
Wczesna wersja Blightstone oferuje pierwszy akt, a z nim trzy krainy, które przebędziemy, poruszając się od jednego węzła do kolejnego. Już na podglądzie mapy zobaczymy, czego potencjalnie możemy się spodziewać w kolejnych lokacjach. Najczęściej będzie to walka, ale nie brakuje tam też wydarzeń fabularnych; sklepów, gdzie uzupełnimy zapasy; czy lokacji, w których skonfrontujemy się z pomniejszymi bossami. Wszystko po to, by na końcu każdej krainy zmierzyć się z potężniejszym antagonistą, który blokuje dalszy pochód.

Potyczki, to gratka dla fanów taktycznego główkowania. Zaczyna się niewinnie, od starć z małymi grupkami wrogich nam tubylców i zwierząt. Tu możemy przetestować zdolności herosów i ogólne mechanizmy turowej walki. Dalej jest tylko ciekawiej, gdy gra rzuca nas między coraz liczniejsze grupy oponentów. I tam, gdzie robi się coraz trudniej, tam pojawia się jeszcze więcej możliwości. Do tryumfu w potyczkach niezbędne jest tak wyciśnięcie maksimum z umiejętności bohaterów, jak i kreatywne wykorzystanie projektów lokacji.
Niemal na każdej z aren znajdziemy rozmaite obiekty lub specyficzne elementy ukształtowania terenu, które możemy wykorzystać bojowo. Wysokie kamienie dadzą osłonę, a wepchnięci na nie przeciwnicy zarobią dodatkowe obrażenia. Trawa daje schronienie, tak długo, jak jej nie podpalimy. Ziejące szczeliny zmuszają do nadrabiania drogi, ale wepchnięci w nie wrogowie już nie będą problemem. Wszystko to bez heksów czy siatki, co daje ogromną elastyczność w obieraniu tak kierunków, jak celów ataków. I byłoby doprawdy pięknie, gdyby nie to, że przeciwnicy też w pełni z tego korzystają.

Blightstone obchodzi się z nami doprawdy brutalnie. Zarobić w zęby, jest niezwykle łatwo, a gra ani nie wybacza błędów, ani nie daje szansy, by je naprawić. Nie pomaga też możliwość ranienia czy nawet zabijania sojuszników zdolnościami obszarowymi. Otrzymane obrażenia niezwykle trudno wyleczyć, więc nierzadko żegnamy swoich podopiecznych. Przeciwnicy biją mocno, są dosyć zróżnicowani i nierzadko zaskakują czymś, co będzie długo spędzać sen z powiek podczas kolejnych podejść.
Ja chcę jeszcze raz!
Mamy tu grę w formule roguelike. Naturalnie więc, w jej realia wpisana jest tak porażka, jak i losowość. Początkowe wyprawy skończą się prędzej, niż się zaczęły, a nauka tak bohaterów, jak i oponentów chwilę zajmie. Istotą zabawy jest to, iż chociaż wiemy, kto czeka na nas na końcu każdej krainy, to droga do bossa przebiega zgoła odmiennie. Widzimy węzeł i jego symbol, ale nijak nie przygotujemy się na to, co się za nim kryje. Jednak losowe są nie tylko konfrontacje, ale też progresja postaci.

Za każdy ukończony węzeł Blightstone nas nagrodzi. Ale i tu wszystko jest całkowicie nieprzewidywalne. Czasem otrzymamy możliwość wzmocnienia statystyk postaci, czasem jakiś przedmiot dla klasy, której nawet nie mamy w drużynie. Innym razem gra pozwoli nam wzmocnić np. maga, by przez cały dalszy run nie obdarować nas żadnym przedmiotem, który pomoże zmaksymalizować jego potencjał. Czasem najbardziej dopakowana postać zginie od niefortunnej serii ataków, stawiając dalszą wyprawę pod wielkim znakiem zapytania. Ot, RNG w pełnej krasie.
Gra daje i odbiera, ale też, jak na rogalika przystało, nagradza nas za kolejne podejścia, nieco ułatwiając każdą kolejną wyprawę. Niezależnie od wyniku ekspedycji, zostajemy skrupulatnie podliczeni, otrzymując punkty doświadczenia, a dzięki nim bonusowe perki dla naszego kamienia. Dzięki temu już po kilku dłuższych podejściach dotąd ciążący nam artefakt rośnie do rangi pełnoprawnego członka drużyny. Wciąż dosyć pasywnego, ale z niezwykle potężnymi bonusami dla swoich obrońców. Obok tego zbieramy specyficzny surowiec, dzięki któremu na początku wyprawy możemy nieco nagiąć jej zasady. Ot takie tam wskrzeszenie poległego bohatera czy większa pula nagród po zwycięskich walkach.
Warto zagrać? – wrażenia z Blightstone
Gra studia Unfinished Pixel na tym etapie jest dosyć krótka. Osobiście ukończyłem ją po czterech godzinach zwycięstwem nad bossem aktu. Sęk w tym, że nawet wtedy, grałem i gram dalej. Blightstone na pierwszy rzut oka wydaje się minimalistyczne, proste w swoich zasadach i zarazem trudne w perspektywie całego wyzwania. Jest brutalne i nie wybacza błędów, ale zawsze daje kolejną szansę. I jeszcze jedną, i dosłownie tyle, ile tylko zechcesz.
Jest przy tym odpowiednio satysfakcjonujące i stymulujące, więc trudno oprzeć się pokusie, by spróbować jeszcze raz. Sprawdzić kolejną klasę, znaleźć niespotkanych dotąd przeciwników, przyfarcić z niezwykle potężnymi przedmiotami i wszystko zaprzepaścić. Losowa formuła jest bez wątpienia ogromną zaletą, bo chociaż początkowe warunki są niemal zabetonowane, to nie ma dwóch takich samych wypraw. Nigdy nie wiesz, co trafisz ty, a co ciebie trafi.
Jeśli cenisz taktyczne kombinacje z dużą domieszką losowości, to masz tu produkcję na swoisty reset. Grę, którą odpalisz na godzinę czy dwie, by skalibrować czy zrelaksować głowę przed lub po ciężkim dniu. Szkoda, że na tym etapie jest jeszcze dosyć krótka, bo przydałoby się więcej bossów do bicia.
Czekam na kolejne wyzwania, a jeśli sam nabrałeś ochoty na wypad z kamieniem, to do 3 lutego złapiesz Blightstone w promocyjnej cenie na Steam.
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy firmie Unfinished Pixel.
Wesprzyj rozwój naszego serwisu i polub profil Strategus.pl na Facebooku.