Disciples: Domination – recenzja gry

  • Post category:Recenzje

Ciężka, oj ciężka była to przeprawa. I to nawet nie dlatego, że jestem jednym z dinozaurów, wzdychających do świetlanych dni Disciples. Pomimo wyraźnego sentymentu, do najnowszej gry w świecie Nevendaar podszedłem z otwartą głową. I wiem jedno. Ta gra z pewnością jest dla kogoś, ale zdecydowanie nie dla mnie. Dlaczego? Przed tobą recenzja Disciples: Domination na PC.

Disciples Domination key art

Okej tam na dole?

Akcja rozgrywa się na długo po wydarzeniach, których świadkami byliśmy w Liberation. Okazuje się, że nasza wyzwolicielka nie spędziła ich zbyt produktywnie. Z jakiegoś powodu Avyanna uznała, że co zjednoczyła, to zjednoczyła, a teraz fajrant. Bohaterka zasiadła na tronie, ale zupełnie nie interesowały jej tak losy, jak i interesy siłą sprzymierzonych stronnictw. Jej indolencja sprawiła, że odwrócili się od niej dawni towarzysze, a sama znalazła się na krawędzi obłędu.

Z marazmu wyrwało ją dopiero pojawianie się zjawy jej dawnego kompana. Ten polecił jej szukać tajemniczego źródła i ostrzegł przed zbliżającym się kataklizmem. Tak Avyanna wreszcie zdecydowała się podnieść zadek z tronu. Szybko okazuje się, że królowa była nieobecna do stopnia, iż większość jej poddanych nawet jej nie rozpoznaje. Pozostali witają ją dosyć chłodno, a wręcz wrogo.

Domination screenshot 6

W fantastycznym świecie rozwija się tajemnicze skażenie, a wszystko to ma związek z rozłamem wśród elfów. Tak dochodzimy do właściwej kampanii z jej fabularną otoczką, interakcjami ze światem oraz licznymi konwersacjami z postaciami niezależnymi. I tu pojawia się pierwszy poważny zgrzyt. Bo chociaż sama opowieść ma poważniejszy wydźwięk, to jej odbiór rozbija się o nierzadko pretensjonalne zachowanie i wypowiedzi Avyanny.

Bohaterka nie tylko jest zaskoczona ogólną niechęcią do siebie, ale także stanem swojej domeny. Jest przy tym nijaka, niezdecydowana, niekonsekwentna; i trudno brać ją na poważnie. Niewiele ustępują jej w tym napotkane czy zwerbowane postacie. Te przeważnie raczą nas generycznymi, patetycznymi, wyświechtanymi odzywkami. Jest tu nieco odniesień tak do samego świata, jak i wydarzeń z pierwowzoru, ale większość dialogów niczego nie wnosi.

Wstrzymaj świat, rusz Avyannę

Istotą rozgrywki, podobnie jak we wspomnianym wcześniej Liberation, jest eksploracja poszczególnych lokacji w Nevendaar na grzbiecie konia. Zapożyczona z serii King’s Bounty formuła oferuje średniej wielkości lokacje, wypełnione rozmaitymi charakterystycznymi miejscami, porozrzucanymi losowo zasobami, a także budynkami produkcyjnymi i garstką zadań pobocznych. 

Domination screenshot 7

Wszystko to odbywa się dosyć sprawnie, lekko i nawet przyjemnie. Także dzięki sieci gęstych punktów teleportacyjnych.  Drobnym urozmaiceniem, za poprzednią odsłoną, jest piesza eksploracja podziemnych lokacji, z dodatkiem prostych zagadek środowiskowych. Niestety już po kilku godzinach uderza nas statyczność świata przedstawionego. Gra dosłownie kręci się wokół naszej bohaterki i o ile nie podejmiemy jakiegoś działania, to wszystko pozostanie tak, jak jest. 

Ten bezruch ma się tak do zadań głównych, jak i pobocznych czy zajmowanych przez nas budynków produkcyjnych. Wszystko jest tu wyreżyserowane i porusza się z biegiem realizowanych przez nas kolejnych dłuższych lub krótszych misji. Rozgrywka nie rzuca nam żadnych wymogów, żadnej presji. Za to w wybitnie przygodowym środowisku zaprasza do eksploracji wszystkiego, co przygotowali twórcy. To sprawia, że po kilku czy kilkunastu godzinach czułem się jak podczas zabawy z planszówką w pojedynkę.

Powrót królowej

Do spółki z eksploracją za pomocą pojedynczego kliknięcia możemy przenieść się do stolicy, by uzupełnić skład armii, porozmawiać z towarzyszami lub… zdecydować o losach krainy. Jedną z kluczowych nowości w rozgrywce względem poprzedniej części, jest rozwiązywanie problemów i sporów. Te pojawiają się w konsekwencji wydarzeń zaobserwowanych podczas eksploracji lub zupełnie proceduralnie, jako akcent władania zbiorem dawniej zwaśnionych ras. Niektóre skargi odnoszą się bezpośrednio do głównej fabuły i wtedy możemy choćby skonsultować wyrok ze swoimi towarzyszami.

Domination screenshot 5

Wszystko to, pomimo całkiem widowiskowej otoczki to tylko system drenażu zasobów i budowania poparcia u poszczególnych ras. Za każdą decyzją stoi koszt, który poniesiemy, by wprowadzić rozkaz w życie. W rezultacie za znalezione lub zarobione z budynków zasoby przekupujemy rasy, do wstawiennictwa za nami. Szczególnie w tym wszystkim boli fakt, że chociaż czasami musimy ważyć decyzje, bo zysk sympatii jednych odbywa się kosztem drugich, to sam system jest statyczny, jak i cały świat.

Na początku kampanii ze stolicy możemy zaobserwować pięć ikon poszczególnych ras, bo tak, w Disciples: Domination odnalazły się Górskie Klasy. Jednak najniższa wartość przynależności, to neutralność. W żadnym momencie nie możemy sprawić, by fabularnie niechętni nam przedstawiciele poszczególnych ras, byli do nas wrogo nastawieni na poziomie frakcji. I w ten sposób choćby zmienić przebiegu zadań pobocznych. Natomiast konsekwentne inwestowanie w relacje z jakąś rasą to jednorazowy przychód konkretnego zasobu, unikalny wariant jednostki i dodatkowe bonusy, całkiem przydatne bonusy. 

Nowe szaty królowej

Krótko po rozpoczęciu zabawy dowiadujemy się też, że lśniące, legendarne wyposażenie Avyanny przepadło. I to nie przypadkiem. Gdy była już bliska obłędu, to postanowiła wyrzucić cenne artefakty do morza. Uchronił je przed tym jeden z jej dawnych towarzyszy, uciekając z nimi i przepadając bez wieści. W efekcie i tak ich nie mamy, więc w toku rozgrywki pozostaje nam zbierać rozmaite żelastwo i wyposażać w nie protagonistkę. Pomijając unikaty, korzyści są jedynie symboliczne.

Domination screenshot 3

Oczywiście to nie jedyne rolepaylowe elementy w Disciples: Domination. Na początku rozgrywki wybieramy jedną z czterech klas bohaterki, które determinują jej bojowe zdolności i dostęp do dodatkowych magicznych kręgów. Wzorem poprzedniej odsłony każda konfrontacja z przeciwnikami lub ukończone zadanie to zastrzyk punktów doświadczenia. Te na kolejnych poziomach podnosi ogólne statystyki tak bohaterki, jak i jej popleczników, a także oferuje punkty rozwoju Avyanny, które wydamy na dedykowanym drzewku.

Odpowiednio zainwestowane punkty wzmocnią umiejętności, a także zmienią ich działanie, a wystarczająco duża inwestycja zagwarantuje dostęp do nowych, potężnych zdolności. I to, niestety, jedne z niewielu realnych wyborów, którymi nowe Disciples pozwala nam kreować przebieg rozgrywki. Trzeba też zaznaczyć, że nie ostateczne, bo za odpowiednią opłatą możemy dokonać zmian w tej materii już w trakcie kampanii. 

Wszystkiego po trochu, dosłownie

Stosunkowo duża przestrzeń, jak na standardy Domination, do personalizacji bohaterki nie udziela się jej stronnikom. Nasi towarzysze i  jednostki mają stały zestaw zdolności, a dodatkowe poziomy tylko zwiększają ich efektywność w boju. Wszystko przez to, że twórcy nie pozwolili na samodzielny rozwój stolicy. W miarę postępów w kampanii możemy już dostępne budynki ulepszyć, by dzięki temu uzyskać dostęp do jednostek wyższego rzędu. Samych popleczników jest za to zauważalnie mniej, niż w poprzedniej części, bo tylko kilku na frakcję. Co nawet przy dodatkowym udziale Górskich Klanów oferuje sumarycznie mniejszą liczbę wojaków.

Domination screenshot 4

Jednostki nie przeobrażają się na wzór Mrocznego Proroctwa, bo i nie możemy w Yllian pokusić się o rozwój budowli pod obraną przez siebie strategię. Zamiast tego, jak wspomniałem, mamy lepsze warianty dla każdego z czterech rzędów. Dzięki temu szybko uczymy się, by naszych podopiecznych w ogóle nie szanować. Bo i po co, skoro w kilku klikach możemy zastąpić utraconego wojaka jego klonem, a w razie potrzeby za niewielką opłatą wyrównać jego poziom do reszty armii. Wprawdzie w czasie zabawy zdobywamy też kryształy, którymi możemy nieco podbić statystyki jednostki, ale to cała dostępna w tym względzie personalizacja.

Niestety w Domination mniej jest nie tylko standardowych jednostek. Twórcy nie wypełnili też w pełni luki po utraconych towarzyszach, oferując ich tylko pięciu, czyli niemal o połowę mniej, niż wcześniej. Tak dochodzimy do wszechobecnej monotonii starć, których jest całkiem sporo, a tych wyraźnie unikalnych, jak na lekarstwo. Swoiste lustro w tego typu produkcjach, nie jest niczym nadzwyczajnym. Jednak, jeśli gra rzuca nas do walki kilkadziesiąt razy, to nieustanne oglądanie tych samych kombinacji jednostek tak u siebie, jak u przeciwnika potrafi znużyć.

Taktyka na każdą pogodę

Łatwo zauważyć, że implementacja taktycznych potyczek wypada w Domination dużo lepiej, niż w poprzedniej odsłonie. Starcia charakteryzuje pewna dynamika, w czym pomogła opcja przyspieszenia animacji o 250%. Ekipa powściągnęła też regeneracyjne możliwości jednostek, dzięki czemu starcia nie wyglądają już jak festiwal nieustannych efektów pasywnych i swoistej nieśmiertelności. Są przy tym wyraźnie zrobione z głową, a zachowanie sztucznej inteligencji dowozi na tyle, by bezlitośnie wykorzystać nasze błędy.

Domination screenshot 2

Wciąż mamy tu rozgraniczenie pomiędzy jednostkami do właściwego boju a tymi, które będą wspierać z drugiej linii. Każda z nich ma do wykorzystania maksymalnie trzy punkty akcji, które w zależności od charakterystyki samej jednostki, poświęci na ruch lub atak. Niewykorzystane punkty wciąż gwarantują regenerację wytrzymałości, ale już nie taką, by potyczki przeciągały się niemiłosiernie. Poza kilkoma ewidentnymi tankami, jednostki czy bohaterowie potrafią wyzionąć ducha już po zebraniu kilku solidnych ciosów.

Twórcy dodatkowo urozmaicili bitwy, często narzucając nam ich specjalne warunki. W zależności od okoliczności, na nasze głowy mogą spaść śmiercionośne głazy, a trzęsienie ziemi, podobnie jak silny, mroźny wiatr, zmieni rozmieszczenie oddziałów i zada im obrażenia. Obok tego pola bitew nie korzystają z jednej siatki heksów, więc czasami arena ustawiona jest wertykalnie, innym razem horyzontalnie, a czasem całkowicie nieregularnie.

Ostatnim elementem do zabawy pozostają już tylko kompozycje armii. Tu, korzystając z oddziałów przynależących do różnych ras, budujemy oddział bojowy, dbając o synergię pomiędzy polem a zapleczem. Gra pozwala rzucić do boju maksymalnie dziesięć jednostek, w tym dwóch towarzyszy, a także ustawić trzy dodatkowe na drugiej linii. Wszystko to mając z uwzględnieniem współczynnika przywództwa, który powstrzymuje nas przed nadużywaniem najpotężniejszych popleczników. Poszukiwanie synergii i ich egzekwowanie sprawiło mi sporo frajdy, ale nie zaoferowało przy tym wystarczającej głębi, by odroczyć nadciągającą monotonię.

Wszystkie karty rozdane

Jak wspomniałem na samym początku, Disciples: Domination nie jest grą dla mnie. Dlaczego? Po poprzednich akapitach pewnie już się domyślasz. Realia rozgrywki są tak ściśle zabetonowane, że niewiele pozostało tu miejsca na inwencję gracza. Budowa stolicy? Tylko wedle już utartego schematu. Rozwój postaci? Tylko pod wybraną przez siebie klasę. Wybory fabularne? Najczęściej tylko jako różne drogi do osiągnięcia tego samego celu.

Domination screenshot 8

Powyższe, do spółki ze stosunkowo niewielką liczbą jednostek i bolesną wręcz statycznością świata, sprawiało, że moje zaangażowanie szybko spadło do minimum. Gra jest wręcz skonstruowana tak, by nie dało się jej nie ukończyć. Zajęte raz budynki produkcyjne pozostają nasze na dobre, nie ma rywala na mapie, nie ma nikogo, z kim musielibyśmy o świat powalczyć.

Po kilku godzinach mamy już zagwarantowany przychód wszystkich potrzebnych surowców. W zależności od liczby i zasobności źródeł otrzymujemy więc wszystko, co niezbędne, za każdą minutę spędzoną na graniu. Przychód co prawda wyrażony jest na godzinę, ale proporcjonalnie naliczany co minutę. Co z tego? Ano to, że brak rywala na mapie sprawia, że wystarczy uruchomić grę i dosłownie wyjść z domu. Kilka godzin uruchomionej w tle gry uzupełni nasze surowce, by zatrzeć popełnione błędy czy odblokować dalsze postępy.

Mrocznie, sprawnie, nieczytelnie

Domination screenshot 9

Na gruncie technicznym produkcja studia Artefacts wychodzi obronną ręką. Aplikacja działa sprawnie, z pomniejszymi spadkami wydajności w miastach. Co też nieco dziwi, bowiem niewiele się w nich dzieje. Jednak poza tym nie napotkałem błędów, które utrudniły lub uniemożliwiły mi zabawę z tytułem. Sama oprawa audiowizualna jest na niezłym poziomie, z wyraźnie mroczniejszą tonacją i miejscami, ciekawymi efektami dźwiękowymi. Aktorom dubbingowym trudno odmówić zaangażowania, jednak nie byli w stanie uratować miałkiego scenariusza.

Jednym z większych zarzutów pod adresem ekipy na tym polu jest miniaturyzacja elementów interfejsu podczas starć. W odróżnieniu od poprzedniej gry Disciples tu mamy tylko ikonki, które sugerują, że dana jednostka ma jakieś premie lub kary. Jednak informacje o ich charakterze, nie są już tak przejrzyste. Oczywiście warto też wspomnieć o całkowitym braku, choćby kinowej polskiej lokalizacji. Także żadnych Zgłębiczartów.

Recenzja Disciples: Domination – warto zagrać?

Jeśli należysz do grona fanów Liberation, ale przytłaczało cię skalą, to tu się odnajdziesz. W moim odczuciu marka w obecnym kształcie skierowana jest do Casualowego fana strategii przez wielkie C. Albo do kogoś, kto dopiero zaczyna zabawę z gatunkiem. Do gracza, który ceni taktyczne kombinacje, ale w pozornie zróżnicowanej, uporządkowanej formie, by ogrom możliwości go nie przerósł. Statyczny świat, obwarowany licznymi bezpiecznikami, które nie pozwolą na definitywną porażkę, zapewni mu komfortową, nawet relaksującą, chociaż zdecydowanie monotonną rozgrywkę.

Domination screenshot 1

Twórcy obiecywali mroczniejszą, dojrzalszą opowieść i znacznie więcej atrakcji. I chociaż częściowo dowieźli, to wraz z tym dostaliśmy familijne, generyczne mroczne fantasy, które jest tylko cieniem dawnego gotyckiego horroru. Do spółki z miałkimi postaciami, wyreżyserowanym światem, mechanikami, które gwarantują śladową elastyczność i brakiem jakichkolwiek nacisków. Za mało tu dla mnie pola, bym mógł zżyć się z bohaterami czy światem, naginając go do preferowanego stylu rozgrywki czy strategii.

Jednocześnie zauważalnie mniejsza skala projektu zdaje się oznajmiać, że wydawca sam już nie do końca wierzył w obrany kierunek. To akurat dobra wiadomość. Pozostaje mieć nadzieję, że raczkujący renesans TBS-ów udzieli się także Disciples. Bo jak na dłoni widać, że chociaż King’s Bounty nieźle wyszło na swojej formule, to ta nie tylko jest wyczerpana, ale też nieszczególnie koresponduje z realiami Nevendaar. 

Recenzja gry Disciples: Domination – Podsumowanie

PLUSY

  • główny wątek fabularny pasuje do marki;
  • poszukiwanie synergii jednostek daje trochę frajdy;
  • dynamiczniejszy, urozmaicony przebieg potyczek;
  • przyzwoita oprawa audiowizualna;
  • lekka, przyjemna obsługa i krótkie czasy ładowania;
  • SI potrafi ukąsić w bitwach;

MINUSY

  • kreacja protagonistki i większości NPC-ów;
  • statyczność świata przedstawionego;
  • niewielka różnorodność jednostek i towarzyszy;
  • bardzo mało miejsca na inwencję gracza;
  • ogólny klimat daleko od korzeni uniwersum;
  • monotonia, nuda i powtarzalność;
  • drobne problemy z wydajnością;
  • brak polskiej wersji językowej.

Płaska, jednowymiarowa i mocno wyreżyserowana przygoda z elementami strategii i RPG.

OCENA – 5.5/10


Wesprzyj rozwój naszego serwisu i polub profil Strategus.pl na Facebooku.