Norse: Oath of Blood – recenzja gry

  • Post category:Recenzje

Mówią, że jak się wzorować, to na najlepszych. Nieco opacznie mogli wziąć sobie do serca te słowa deweloperzy z Arctic Hazard. Ich pierwsze dzieło, taktyczne RPG w skandynawskim wczesnym średniowieczu zaliczyło pecetowy debiut w stylu rynkowych gigantów. Niestety mam tu na myśli takie otwarcia jak u Cyberpunka 2077, Assassin’s Creed Unity czy Fallouta 76. Co tu się właściwie wydarzyło i jaki obraz tytułu nieśmiało wygląda spod ogromnej sterty problemów? Przed tobą recenzja pecetowej wersji gry Norse: Oath of Blood.

Norse Oath of Blood key art

U mnie… działa?

Nie da się rozpocząć inaczej, niż od zaadresowania najbardziej palącej kwestii. Premierowa wersja Norse: Oath of Blood to katastrofa. Technicznie aplikacja leżała na niemal każdym polu. Niemal, bo była na tyle stabilna, że nie wysypywała do pulpitu. Co poza tym? Oj, długo by opowiadać. Obcowanie z grą było serią niekończących się niemiłych niespodzianek. Począwszy od kolizji z otoczeniem w czasie eksploracji, po oponentów, którzy stawali się niewidzialni podczas potyczek. Nierzadko w walce uraczone efektami kontroli tłumu postacie wpadały na już zajęte pola siatki, i blokowały tak siebie, jak i nas. Same interakcje często wymagały niezłego skanowania myszą, by uchwycić właściwy punkt. A to tylko namiastka kuriozalnych błędów.

Bo nie dowiozła też sztuczna inteligencja, przynajmniej stając po naszej stronie. W niektórych misjach otrzymywaliśmy wsparcie sterowane przez SI, które zwyczajnie prezentowało nam cyrk. Raz, że każdy taki sojusznik natychmiast uciekał jak najdalej od zagrożenia i w ogóle nie angażował się w walkę. Dwa, w swoich turach odstawiał niezłe numery. Bo albo chował się, stawiał, zdejmował gardę i latał w popłochu. Jeszcze lepiej było, gdy sojusznicy bili się między sobą, a raz jeden drugiego wypchnął przez tekstury za mapę. Tak straszne, że aż śmieszne.

Norse screenshot 1

Niestety, do końca jeszcze daleko. Bo najgorszy był fakt, iż poważniejsze błędy utrudniały dalsze postępy w grze. A to jakiś skrypt nie uruchomił, a to walka nie kończyła w obliczu braku przeciwników. Czasem taka sytuacja pojawiała się przy ładowaniu przerywnika, a wtedy już zupełnie nie było wiadomo, co robić. Na „szczęście” większość blokad dała się obejść poprzez ponowne uruchomienie aplikacji. Tyle że nie powinno być ich w ogóle. Ale chociaż działa świetnie, prawda? Prawda?

Optymalizacyjne piekiełko

Nie, nie prawda. Odczucia z pogranicza testów alfa i beta towarzyszyły nam także na tym polu. Gra pomimo wyraźnego przebicia zalecanych wymagań rzadko wykręcała więcej niż 40 klatek. Znacznie częściej operowaliśmy jednak nieco poniżej 30, co przy turowych starciach nieco dało się zamaskować, ale ociężałość dało się wyczuć z daleka. Lepiej było tylko w bazie wypadowej, ale tam dostaliśmy świeżą dostawę problemów. Zmiana zakładki w osadzie na panoramę wioski, to był dramat. Poszczególne modele i tekstury krajobrazu ładowały się w tylko sobie znanym porządku przez nawet 2 sekundy. No dobra, ale może gra wynagradzała to w jakości oprawy wizualnej?

Norse screenshot 10

Kolejne pudło. W większości przypadków. O ile modele były kształtne, a animacje poprawne, to większość tekstur prezentowała się zwyczajnie brzydko. Może nie w wymiarze czysto estetycznym, co w tym znanym z bardzo wczesnych wersji gier, gdzie wszystko jest surowe, kanciaste i bez wyraźnych szlifów. Trochę lepiej było podczas przerywników filmowych czy scenek dla egzekucji w walce, ale i tu zabrakło domknięcia. Znikające obiekty, niewłaściwa tonacja tła, pikseloza cieni i migoczące fryzury.

Najmniej problemów dostarczył interfejs użytkownika, który tylko czasami nie pokazywał prawidłowo punktów akcji w turach. Ostatecznie jedynym elementem w tej układance, do którego nie mogłem się przyczepić, to audio. Dobre wrażenie na mnie zrobiła tak muzyka, jak i odgłosy, a także wypowiedzi bohaterów. I gdyby tylko cała reszta technicznych aspektów osiągnęła ten poziom, to rozmawialibyśmy teraz o bardzo solidnym taktycznym RPG.

Krew za krew

Norse screenshot 9

Bo tak, w swoim projekcie i niestety tylko częściowo wykonaniu, Norse to gra, którą mógłbym polecić fanom gatunku. Akcja tytułu przenosi nas do początków IX wieku, gdy Norwegią z dużą dozą autonomii zarządzają pomniejsi jarlowie. Jako syn jednego z nich, Gunnar Gripson, jesteśmy świadkami, jak wyjątkowo ambitny przyboczny ojca skumał się z sąsiadem i postanowił pozbawić go tak tronu, jak i życia. W swojej pysze i bucie postanowił puścić wolno naszego protagonistę i jego siostrę, którzy poprzysięgli mu zemstę i z podkulonym ogonem ruszyli do wuja.

Ten niestety nie tyle nie był skłonny, ile silny, by natychmiast wziąć odwet na zdrajcy. Przekonany, że zemsta najlepiej smakuje na zimno, nadał Gunnarowi ziemię, przy pomocy której siostrzeniec miał urosnąć tak w siłę i liczby. Dopiero wtedy, razem ruszą na poszukiwanie sprawiedliwości. Tak w telegraficznym skrócie rozpoczyna się fabuła Norse: Oath of Blood. Opowieść typowa, kliszowa wręcz dla nordyckiej sagi, co zupełnie nie przeszkodziło jej być angażującej.

Norse screenshot 6

Spora w tym zasługa dobrze napisanych, wyrazistych i charakterystycznych postaci głównych i pobocznych. Przy wsparciu licznych przerywników filmowych, solidnym aktorstwie głosowym i fabularnie uzasadnionymi misjami całość wypada bardzo dobrze. Może nie zrzuca nas z fotela, ale zdecydowanie czuć tu rękę Gilesa Kristiana i nastrój przywodzący na myśl początki serialu Wikingowie Michaela Hirsta.

Nowy dom

Przepędzeni z ojcowizny przyjmujemy szczodrą propozycję wuja i ruszamy na zarośnięty kawałek ziemi, który przekształcimy w nasz nowy dom. Zaczynamy od oczyszczenia terenu, zwerbowania pierwszych sojuszników i zapewnieniu im domostw. Dopiero później możemy pomyśleć o znacznie bardziej zaawansowanych przedsięwzięciach. W międzyczasie rozgrywamy pierwsze misje fabularne, skupione gównie na problemach, które mamy z dotychczasowymi lokatorami tych stron.

Norse screenshot 4

Warto nadmienić, że rytm życia osady wyznaczają kolejne tury. Gra pozwala nam popychać upływ czasu poza misjami, kolejno o tydzień, serwując przy okazji dodatkowe atrakcje. W czasie pomiędzy wyprawami słuchamy lokalnych plotek, wieści z dalekiego świata, a także obserwujemy zmieniające się pory roku. W międzyczasie nasi towarzysze dbają o pasywny przychód podstawowych zasobów, które następnie przekształcimy w szereg budynków użytkowych. Wpływy i koszty są tu całkiem dobrze zbalansowane, a gra daje całkowitą swobodę w kierunkach i kolejności rozwoju.

I chociaż nazwałem to domem, to bez wątpienia, z perspektywy rozgrywki dużo lepiej pasuje określenie baza wypadowa. Głownie dlatego, że zdecydowana większość projektów ma nas długofalowo wesprzeć w głównym zadaniu. Stąd też wznosimy głównie budowle, które pozwolą powiększyć drużynę, wytwarzać dodatkowy ekwipunek, przyspieszać rekonwalescencję wojów albo umożliwią handel. Niekiedy gra podrzuca specjalne projekty powiązane z aktualnymi świętami. Ich finalizacja poprawia nastroje osadników, które znowu przekładają się tygodniowy pasywny przyrost zasobów budowlanych i rzemieślniczych.

Norse screenshot 3

Obok tego mamy do dyspozycji mapę regionu. Dzięki niej jesteśmy w stanie znaleźć sąsiednie osady, by wymienić się z nimi towarami lub poprosić o wsparcie bojowe. A gdy tylko upłynie określona liczba tygodni, czy też tur, gra ostentacyjnie kładzie na mapie symbol dostępnej misji.

W poszukiwaniu chwały

Zadań w Norse: Oath of Blood jest zaledwie kilkanaście, i co warto wspomnieć, nie wszystkie są obowiązkowe. Nawet jeśli zdecydowana większość z nich jest i fabularyzowana i fabularnie uzasadniona, to choćby w obliczu niemożności wystawienia odpowiedniej ekipy, możemy odpuścić. Zazwyczaj wiąże się to z utratą dostępu do punktu handlowego czy sojusznika, ale gra pozostawia taką ewentualność.

Jak wypadają zadania? Jak na taktyczne RPG przystało. Większość wyzwań wiąże się z koniecznością wystawienia oddziału, którym wesprzemy kogoś zbrojnie lub wyłuszczymy swoje racje. Często w towarzystwie dialogów pomiędzy bohaterami, przerywników filmowych i kilkoma zwrotami akcji. I chociaż samych misji nie jest wiele, jak na gatunkowe standardy, to duży plus dla twórców, za nadanie każdej z nich unikalnego charakteru. Nawet jeśli jest tu spory recykling zasobów, to zawsze oglądamy inne otoczenie.

Norse screenshot 2

Wypady z osady mogą zająć nam od kilkudziesięciu minut do nawet godziny, w zależności od natężenia walk z wrogiem. Podczas nich eksplorujemy swobodnie otoczenie, nierzadko znajdując nieco zasobów i przedmiotów, które wykorzystamy w kolejnych wyprawach. Gra wyraźnie oznacza linie, których przekroczenie rozpoczyna walkę, kończąc swobodne zwiedzanie i rzucając nas do podzielonej na tury potyczki.

Shield Wall!

Także tu twórcy dowieźli wszystko to, czego moglibyśmy się spodziewać. Po uruchomieniu walki gra zaznacza nam pole, wewnątrz którego możemy uformować naszą drużynę. Następnie przelicza wskaźnik inicjatywy, obdarzając po równo nas i oponenta kolejką ruchów w czasie pojedynczej rundy. Co ważne, poza kilkoma fabularnie uzasadnionymi wyjątkami, to od nas zależy, którego kompana wykorzystamy w danej turze, co znacznie ułatwia utrzymywanie formacji i czy wdrażanie obranej taktyki. Kogo mamy do dyspozycji?

Norse screenshot 7

Poza głównymi bohaterami możemy mieć jednocześnie nawet kilkunastu dodatkowych towarzyszy. Niemniej jednak oni wszyscy zaliczają się do jednej z pięciu klas. W Norse: Oath of Blood znajdziemy tarczownika, który wspiera drużynę i zaczepia wrogów; jest też włócznik, który świetnie uzupełnia ścianę tarcz i kontruje natarcia. Obok nich funkcjonuje mobilny, poświęcony flankowaniu berserk; a także wojownik z dwuręcznym toporem, który toruje sobie drogę w formacjach przeciwnika. Całość uzupełnia, standardowo, łucznik.

Jednak nawet jeśli klas nie ma zbyt wiele, to mamy sporo wolności w ich kształtowaniu. Twórcy przygotowali dwanaście, często unikalnych umiejętności dla każdego typu wojaka. Po ukończonych misjach i upragnionym awansie możemy odblokować sześć z nich, wyraźnie decydując, co dany bohater zaoferuje nam w walce. Istotne jest to, iż zdolności rozmieszczone są w dwóch kolumnach i na każdym kolejnym poziomie możemy odblokować tylko jedną z nich. Do spółki z potencjalną liczbą kombinacji, a także znajdowanym i wytwarzanym wyposażeniem wybór jest całkiem spory. Jak przekłada się to na walkę?

Norse screenshot 5

Bardzo namacalnie. Lwia część odblokowanych perków to użytkowe umiejętności, najczęściej ataki, które realnie zmieniają przebieg starć. Są statusy, są opóźnione w turach akcje, jest angażowanie przeciwnika i ataki okazjonalne, a także obserwowanie i ostrzał terenu. Sojusznicy raczą się premiami, osłabiają przeciwników, a odpowiednie rozmieszczanie klas często domyka formację. Wszystko to z wykorzystaniem stałej liczby punktów akcji na turę i różnym ich kosztem dla zdolności. Może twórcy nie wynaleźli taktycznego koła na nowo, ale jest tu wystarczająco dużo głębi, by cieszyć się doświadczeniem.

Recenzja Norse: Oath of Blood – warto zagrać?

Tak, ale jeszcze nie teraz. Jeśli już, to warto dodać ją do listy życzeń czy obserwowanych gier i czekać na rozwój wydarzeń. Chociaż rdzeń gry dostarczył mi sporo frajdy, to w żadnym wypadku nie zachęcę cię, żebyś za własne pieniądze odrabiał pańszczyznę testera. Ja mogłem i zobaczyłem to, co widziałem dzięki uprzejmości wydawcy. Jednak nie ukrywam, że po obejrzeniu epilogu jedyne, o czym myślałem, to o potencjalnie długim oczekiwaniu na kontynuację.

Norse art review

Bo Norse: Oath of Blood to porządne taktyczne RPG. Znacznie krótsze niż konkurencja, bowiem ukończenie gry zajmuje nieco powyżej 15 godzin. Jakie jest bez tego całego technicznego bałaganu? Satysfakcjonujące, angażujące, klimatyczne, miejscami zabawne, a przede wszystkim spójne w swoich założeniach i projekcie. To gra, która – gdyby nie skopana premiera – z pewnością zbierałaby „ósemki” i „dziewiątki”.

I nie, nie mówię, że Norse: Oath of Blood to absolutne dzieło sztuki. Tylko że było tu sporo pracy i czuć to w wielu momentach. Niestety długi cień kładą na te momenty obszary, w których tej pracy zabrakło. Na szczęście ekipa nie zapadła się pod ziemię i już w kilka dni po debiucie dostarczyła pierwszy pakiet poprawek. Oby tak dalej, a być może – do premiery na konsolach – będzie grą, która te „ósemki” i „dziewiątki” zbierze.

Recenzja gry Norse: Oath of Blood – Podsumowanie

PLUSY

  • dobrze uchwycony klimat wczesnośredniowiecznej północy;
  • dobrze napisani bohaterowie i dialogi;
  • wiarygodna otoczka fabularna misji;
  • satysfakcjonujący i namacalny rozwój postaci;
  • duża wolność w rozwoju osady i wojowników;
  • głębia potyczek na gatunkowym poziomie;
  • oprawa audio ratuje techniczne aspekty;

MINUSY

  • optymalizacyjnie katastrofa;
  • graficznie porażka;
  • technologicznie dramat;
  • mogłaby być nieco dłuższa;
  • brak polskiej lokalizacji

Solidne taktyczne RPG pogrążone przez wyjątkowo kiepskie techniczne wykonanie.

OCENA – 6/10


Wesprzyj rozwój naszego serwisu i polub profil Strategus.pl na Facebook